środa, 16 lutego 2011

Schronienie

Z Ozonem mam ten problem, że trochę lubię jego filmy, a jednocześnie trochę się wstydzę, że je lubię. I już tłumaczę dlaczego.
François Ozon to reżyser końca mojego liceum - jego filmy wpisywały się, opisywały, wreszcie, projektowały moją ówczesną wrażliwość. Nie wiedziałem wówczas za bardzo, co chcę robić, jaki chcę być. To przecież oczywiste - mając 18 lat każdy przechodzi podobne męki. Bałem się i jednocześnie gdzieś podświadomie odczuwałem „pokrewieństwo” z bohaterami Ozona. Filmy Ozona były mi jeszcze o tyle pomocne, że... podtrzymywały mnie w stanie tego specyficznego, bo i przyjemnego, i bolesnego rozedrgania. Na przykład 5x2, niby nic nadzwyczajnego: odwrócona chronologia, miłość, konflikt, zdrada, tłumione emocje, rozstanie pary przedstawicieli wyższych warstw francuskiej klasy średniej. Wszystko estetycznie podane, przyprawione odpowiednią ilością melancholii i depresji. Znowu - można powiedzieć: nuda i nic ciekawego. Oczywiście, Ozon nie wiem, czy celuje, ale wiem, że bezbłędnie trafia w taką właśnie prostą mieszczańską wrażliwość, której cała dramatyczna spektakularność jest na pokaz. Ma to swoje niewątpliwe zalety. Ozon zdecydowanie najlepiej kręci „neurozy klasy średniej”. Zaliczając się do targetu francuskiego reżysera, jego filmy zdecydowanie „lepiej” i dłużej się pamięta. Dość długo dochodziłem do wniosku, że filmy Ozona (w tym mój ulubiony Czas, który pozostał) są estetycznie i socjologicznie j e d y n i e pociągające. Ich głębia ogranicza się wyłącznie do interesującego przekazania bardzo prostej i banalnej prawdy (albo lepiej: „prawdy”): kłamstwa wpisanego w każdą, nawet uświęconą przez kapłana relację; samotność nierozerwalnie związaną z sukcesem zawodowym,; zupełną autonomię losu; niezależną od zewnętrznych okoliczności szansę na zmianę swojego życia etc. O filmach Ozona zawsze łatwo się mówiło, tak jak łatwo (przy wszystkich dramatycznych różnicach w formie i treści) mówi się o książkach Jeana Baudrillarda: są pewnymi wytrychami, które w stosunkowo przystępny sposób pozwalają na osiągnięcie stanu samozadowolenia z - pozornie - rozwiązanego problemu.
Z takim w skrócie powyżej przedstawionym zdaniem o twórczości François Ozona poszedłem na jakiego ostatni film, Schronienie. Zapowiedzi filmu były uspokajające, bo przyjemnie znajome:
„Mousse (Isabelle Carré) i Louis (Melvil Poupaud) są młodzi, piękni, bogaci i zakochani. Sielankę zakłócają jednak narkotyki, które w krótkim czasie zawładnęły ich życiem. Pewnego dnia para przedawkowała i Louis zmarł. Mousse żyje dalej, odkrywając wkrótce, że jest w ciąży. Na tę wieść ucieka jak najdalej od Paryża. Parę miesięcy później jej "schronienie" odkrywa brat zmarłego”
FILMWEB
Jednak, o czym z radością chcę zakomunikować: Ozon w tym filmie prawie całkowicie zerwał z dotychczasowym, nieźle mu zresztą wychodzącym, eksplorowaniem naiwnej, chimerycznej nastoletniej emocjonalności. Napisałem „prawie”, bo, niestety, zakończenie filmu jest znane widzom już od okolic sześćdziesiątej minuty projekcji... Jednak, co znowu warto podkreślić: Ozon nakręcił film przemyślany, pokazujący dość ograny topos w interesującej perspektywie. Niespokojna i narkotyczna miłość Mousse i Louisa, która jest punktem wyjścia filmu, została ukazana w migawkowy i niejednoznaczny sposób. Widzimy tylko jej dwa pozornie wykluczające się efekty: śmierć Louisa i dziecko, Louise, które jest owocem związku z Mousse. Sam problem uzależnienia wygląda w Schronieniu zdecydowanie inaczej niż w poprzednich filmach Ozona. Nie jest to kwestia fanaberii czy imprezowego incydentu, jak w 5x2, ani nawet „estetycznego uzależnienia” rozgrywającego się równolegle z chorobą, jak w Czasie, który pozostał, tylko realny problem, który rzutuje na każdą dziedzinę życia. W Schronieniu Ozon bardzo dyskretnie, ale jednak wprowadza wątek klasowy. Nie wiemy, jaki jest społeczny status Mousse, jednak poprzez obserwację lodowatej relacji z matką zmarłego Louisa, można odnieść niedwuznaczne wrażenie, że bohaterka „nie pasuje” do rodziny. Ma, owszem, szlachetny wygląd, ale jest w niej coś, co nie pozwala wpisać się w pracowicie malowany obraz „dobrej, bogatej rodziny. I nie jest to kwestia tylko uzależnienia od narkotyków, matka Louisa jest przecież świadoma (zawsze była?) problemów własnego syna. Może chodzi o przeszłość Mousse? Ozon niewiele mówi nam o historii bohaterki, ogranicza się właściwie do - znowu - dyskretnego napomknięcia o erotycznej i jednocześnie pragmatycznej relacji, która łączyła Mousse ze starym właścicielem domu nad oceanem. Nic tutaj jednak nie jest pewne poza tym, że Mousse tak, jak jej dziecko, nie jest akceptowana przez matkę Louisa ani resztę rodziny. Zresztą sama postać matki jest interesująca. Ozon zamiast oprzeć się na stereotypowym obrazie bogatej rodziny terroryzowanej przez ojca, perfekcjonistę i konserwatywnego satrapę, pokazuje rządy matki - pragmatycznej, rozsądnej i twardej, ale jednocześnie chimerycznej, pełnej niedających się ukryć obsesji - która nie do końca radzi sobie z zadaniem utrzymywania pozorów życia rodzinnego ciała. Jest jeszcze sam powrót Mousse do życia. Tutaj Ozon też poradził sobie lepiej niż nieźle. Zamiast próby pokazania, co jest zresztą niemożliwe w ramach niespełna dwugodzinnego filmu, całej psychologii bohaterki, skoncentrował się na oddaniu „krzywej” nastrojów Mousse. Jest panika, znużenie, strach, radość, absurd i spokój. Ozon niczego nie tłumaczy, nie komentuje, nie prowadzi widza - tylko pokazuje. Rewelacja. To zdecydowanie najlepszy film Ozona, kiedy tylko pojawi się na DVD, na pewno zaraz go kupię.

0 komentarze:

Prześlij komentarz